środa, 26 stycznia 2011

Nie przywykłem do tego. Pisanie tekstów o muzyce nie leży ani w mojej naturze, ani profesji, jednak album pt.: "Cuntree", grupy Shat niesie ze sobą na tyle potężny przekaz, iż nie mogłem się powstrzymać przed podzieleniem moimi odczuciami po jego przesłuchaniu. Jednak strzeżcie się. Muzyka ta może zmienić wasz światopogląd, także zachęcam do jej przesłuchania tylko ludzi z umysłem naprawdę otwartym na nowe doznania i refleksje. Teksty, jakich uświadczycie podczas tych 69 minut, podzielonych na 69 utworów, w pewnych kręgach uznawane za poezję, są, w istocie, ponadczasowe.
Płyta zaczyna się krótką i zwięzłą metaforą dotyczącą radia, oraz tego co sobą reprezentuje w dzisiejszych czasach. W tle słyszymy odgłosy przerzucanych stacji radiowych, po czym w głośniki uderza nam czysta kakofonia odgłosów sprzętu roztrzaskiwanego w drobny mak, skwitowane przez wokalistę krótkim: "Pierdolić Radio!". Przesłanie to jest tak genialne w swej prostocie, iż nie mogę wprost wyjść z podziwu dla inwencji twórczej autorów.
Lecąc dalej już po łebkach, przykładowymi utworami z tego inspirującego krążka są: "Wagitarianin", gdzie narrator opisuje dietę składającą się głównie z kobiecych narządów rozrodczych, tudzież "Dziękuję Bogu Za Ten Otwór" składający hołd wyznaniu, praktykowanemu zapewne przez członków grupy, w formie podzięki narratora dla Boga za pochwę, którą właśnie "zjadł".
Tematyka większości utworów, jak zdążycie zauważyć po pierwszych dziesięciu minutach z nagraniem, oscyluje wyłącznie wokół seksu i kobiecych części ciała, co mi jak najbardziej leżało. Innymi przykładami są: "Nasraj Jej Na Cycki", gdzie autor wyraża zamiłowanie do praktyki zwanej potocznie koprofilią. W "Pokaż Swoje Cycki" zaś opowiada o frustracji wywołanej niemożnością ujrzenia tego jakże pięknego, kobiecego przymiotu. Jego desperacja szczególnie podkreślona jest w tekście: "nieważne czy małe, czy duże, pokaż mi siebie w naturze".
Piosenki te wbrew pozorom nie służą tylko jako humorystyczna forma opisania ukrytych frustracji seksualnych, oraz braku dojrzałości emocjonalnej autora tekstów. Wiele z nich przedstawia także ważne życiowe lekcje, warte przekazania naszej potomności. I tak np. kawałek "Ruchałem Twoją Żonę" stanowi przestrogę dla przyszłych i obecnych mężów, aby pilnowali swoich małżonek przed tzw. "skokami w bok". Alternatywnie możemy się wcielić w bohatera piosenki i po prostu pójść przelecieć czyjąś żonę.
środa, 06 października 2010

Co my tu mamy? Bioware po dziesięciu latach robienia gier na cudzych licencjach postanowili zainwestować w autorski materiał. Co z tego wyszło? Średniej klasy action RPG ze sporym potencjałem, zmarnowanym przez przeciętną realizację.
Tak więc chcieli zrobić epicką opowieść a'la Knights of The Old Republic, osadzoną w klimatach Wuxia z grupką ciekawych postaci towarzyszących graczowi w trakcie gry. W porządku?

Fabuła jest raczej przewidywalna, niezbyt wciągająca i brakuje jej tego epickiego rozmachu, jaki pamiętamy choćby z wspomnianego KOTORa. Towarzysze generalnie są w porządku i rozmowy z nimi to chyba najlepsza rzecz w całej grze, jednak jedna jaskółka wiosny nie czyni – to za mało.
Więc Bioware chcieli zrobić nową strukturę rozwoju postaci i walki, więc pozbyli się klasycznego systemu D&D na rzecz chodzonej bijatyki z uproszczonym rozwojem statystyk. W porządku?

Cały temat może i brzmi dobrze na papierze, ale w praktyce sprowadza się do klepania guzika ataku na chama i robienia uników na boki. Nie dość, że wygląda to anemicznie, to dzięki wirującej jak karuzela kamerze walki potrafią być zwyczajnie frustrujące. Niby w miarę postępów w grze zdobywamy cały worek stylów walki, ale co z tego, skoro każdy z nich bez wcześniejszego ulepszenia jest bezużyteczny, a zanim dojdziemy do końca gry zdążymy podładować może dwa, góra trzy z nich. Oprócz nowych technik dostajemy także punkty do rozwoju 3 pasków - życia, energii Chi i energii skupienia (po 3 punkty na level). Pasek życia wiadomo do czego służy, pasek Chi odpowiada za magię i leczenie postaci, a dzięki paskowi skupienia można przyspieszyć czas i używać broni - mieczy, włóczni etc.
Koniec końców walki są do chrzanu, jednak nie martwcie się – w trakcie gry i tak nie uraczymy ich za wiele. A to dlatego, że postaci w tej grze gadają więcej niż politycy w Sejmie i nie byłoby w sumie w tym nic złego, gdyby nie fakt, że dialogi to jakiś bezsensowny bełkot i lanie wody. Oto jak spędzicie 90% czasu grając w Jade Empire:
(KLIKNIJ ABY POWIĘKSZYĆ)

Dosłownie przed każdą walką jakiś pajac ma coś do powiedzenia, zwykle powtarzając się z 10 razy zanim przejdzie do sedna, tak jakbym był upośledzony i nie załapał o co mu chodziło za pierwszym razem. Broń Boże żebyście zaczęli też zaczepiać przechodniów na ulicy w późniejszych lokacjach, gdyż najwyraźniej niemal każdy obywatel Japonii czuje potrzebę opowiedzenia nam historii swego życia, tak jakbyśmy byli reporterami z ekipą telewizyjną u boku, gotowymi kręcić wywiady z każdym menelem, którego spotkamy na swojej drodze.
Nie wiem do końca o co im chodziło z tymi dialogami, gdyż te brzmią jakby były skierowane do trzyletnich dzieci, którym trzeba wszystko powtarzać milion razy jak w Teletubisiach. Tym bardziej mnie to dziwi, gdyż gra ma kategorię wiekową 18+ i w pełni zasłużenie, gdyż Rąbanie głów, krew i kanibalizm są tu na porządku dziennym, w dodatku możliwe jest tu zaangażowanie się w homoseksualny romans z jednym z naszych towarzyszy. Ofkoz ja nie mam z tym żadnych problemów, każdy wie że przemoc i lesbijski seks są zajebiste, jednak co chcę przez to powiedzieć, to że skoro gra nie jest przeznaczona dla dzieci, to niech dialogi nie brzmią jakby pisał je Pan Yapa.
Albo niech przynajmniej wrzucą trochę gołych babek z wielkimi balonami i garść przekleństw dla dobrego balansu...
czwartek, 16 września 2010

Lata 80 i 90 były złotym wiekiem dla wielkich, napakowanych mięśniaków, którzy kopali tyle tyłków, że nie ich buty miały zarezerwowane stałe miejsca parkingowe w odbytach czarnych charakterów. Czy należały one to niemieckich terrorystów lub radzieckich agentów KGB, jednego można było być pewnym: nasz bohater kończył dzień stojąc na stosie trupów, w jednym ręku trzymając jeszcze dymiącą spluwę, a w drugim tyłek ponętnej laski, zwykle podsumowując demolkę jakimś szyderczym tekstem. W przeciwieństwie do dzisiejszego kina akcji, które na okrągło serwuje nam ludzkich bohaterów ze słabościami i kręcącą się wokół nich dramą (w skrócie: "cieniasów"), oraz przygnębiające scenariusze kręcące się wokół zamachów terrorystycznych lub szpiegowskich intryg (w skrócie: "nikogo to nie obchodzi"), w tamtych czasach twórcy filmów wiedzieli jak dostarczyć odmóżdżającą rozrywkę. Prawdziwy eskapizm i ucieczkę od rzeczywistości, gdzie archetyp maczo-bohatera przez 90 minut wyrywał ręce całym armiom złych kolesi, nie odnąsząc przy tym żadnych ran. Oczywiście nie licząc zabrudzonej twarzy, paru siniaków i podartej koszuli z dżinsu. Wszak co to byłby za maczo bez śladów walki na twarzy?
Jednym z takich filmów był raczej średnio popularny Uniwersalny Żołnierz. Film, który pokazywał, że Jean Claude Van Damme i Dolph Lundgren nawet w roli bezmyślnych maszyn do zabijania potrafili pokazać kompletny brak talentu aktorskiego. Niemniej nie wymagający myślenia scenariusz, dwójka umięśnionych karateków i przesadzone sceny akcji wystarczały w zupełności, żeby przynieść rozsądne zyski w kasach biletowych. Tak, to był jeden z tych "głupich i głośnych" filmów akcji, którym daleko do perfekcji, ale czy dostarczał wszystkiego tego, czego mogła oczekiwać docelowa publiczność? Jak najbardziej. Nic dziwnego zatem, że producenci zwąchali kasę i w ciągu następnych lat powstały jeszcze dwa nieoficjalne sequele, które nawet nie doczekały się kinowych premier, oraz jeden oficjalny, który do tych kin nie powinien trafić w ogóle. Wartym odnotowania jest fakt, że wspomniane nieoficjalne kontynuacje były tak słabe, że nawet Van Damme nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. A patrząc na to jak niesamowicie kiepskim filmem jest Uniwersalny Żołnierz: Powrót (oficjalny sequel, Van Damme był na tyle głupi, żeby w nim zagrać), wolę nawet nie myśleć o pozostałych dwóch.

On chyba chce mu dać buzi
I tak po dziesięciu latach, kiedy myśleliśmy już, że seria ta umarła na dobre, Universal Soldier uderza ponownie, tym razem przywracając do gry nie tylko Van Damme'a, ale także i Lundgrena! Ale czy aby na pewno...?
Wypadałoby najpierw napisać dwa słowa o fabule, ale szczerze powiedziawszy nie wiem czy jest w ogóle sens, gdyż tą historię słyszeliśmy już tyle razy, iż nie ma szans, że ktokolwiek podjął świadomą decyzję o nakręceniu tego scenariusza z przekonaniem, że robią coś oryginalnego. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że film ten stara się nam wcisnąć jakieś przesłanie (!) o podłożu politycznym, jedyne co mogę zrobić to schować twarz w dłoń i wydać z siebie donośne: "ECH...". Tak więc film opowiada o grupie rosyjskich terrorystów, którzy pod groźbą wysadzenia w powietrze reaktora w Czarnobylu żądają od prezydenta swojej ojczyzny uwolnienia jakichś więźniów politycznych i bla, bla, bla, bla... Słyszałem tą historyjkę już z tysiąc razy. Jeśli ci terroryści nie wydają się wam jeszcze zbyt stereotypowi, na deser porwali córkę prezydenta, co by mu nic głupiego do głowy nie przyszło. Are you bad enough dude to save the president's daughter? Oczywiście, jak to zwykle w Hollywoodzkim kinie bywa, Rosyjski rząd nigdy w życiu nie byłby w stanie na własną rękę załagodzić sytuacji, więc AMERYKA (FUCK YEAH)!!! wpada pomóc swoim rosyjskim sojusznikom niczym prawdziwi bohaterowie i patrioci. Chciałbym TO zobaczyć w prawdziwym życiu... A jak planują tego dokonać? W najbardziej pokojowy sposób, na jaki ich stać, rzecz jasna - poprzez wysłanie grupy Universal Soldierów na teren elektrowni i rozwalenie wszystkiego co trzyma AK-47 w ręku. Touché!

Well... Are you?
Oczywiście terroryści nie są tak głupi jak by się zdawało (a przynajmniej aż do trzeciego aktu, gdzie dostają nagłego porażenia mózgowego) i zabezpieczyli się przysłowiowym asem w rękawie - SUPER UNIVERSAL SOLDIEREM, najnowszy model, który łamie karki jak zapałki nawet swoim najlepszym odpowiednikom z Ameryki. Bo trzeba pamiętać, że ruski sprzęt jest najlepszy, nawet jeśli czasem nawala. Oczywiście w takim wypadku trzeba zadzwonić po niezawodnego herosa, Jean Claude Van Damme, żeby ocalił córkę prezydenta i uratował świat przed zagładą, a także po drodze skopał tyłek Dolpha Lundgrena, których chyba niechcący zabłądził trafiając na plan, gdzie wcisnęli go w jakiś kostium i kazali trochę pomachać pięściami przed kamerą.
Powiem wprost - bardziej rozczarowującego głupiego sequela głupiego filmu w życiu nie widziałem. Owszem, spodziewałem się że będzie lichy, durny, i niepoważny ale spodziewałem się też i dobrej rozrywki, oraz dwóch emerytowanych już weteranów kina akcji powracających na scenę, aby odegrać jeszcze jeden spektakl głośnych eksplozji, zabawnych tekstów i mnóstwa ciosów na gębę w zwolnionym tempie. Ku mojemu zaskoczeniu, Regeneration zawodzi nawet i na tym polu. Zamiast odmóżdżonego filmu akcji dostajemy tanią imitację Tożsamości Bourne'a (początkowa scena pościgu nawet wygląda jak odrzucone ujęcia z ww. filmu), która stara się naśladować poważny ton wspomnianego filmu, jednak nie dorastając mu nawet do pięt z odtwórczym i kompletnie spartolonym scenariuszem, który nawet - i tu trzymajcie się poręczy - nie dotyczy postaci odgrywanych przez Van Damme'a i Lundgrena. Właściwie to Jean Claude przez cały film wypowiada może z 5 kwestii, przez większość czasu wydarzenia są poza zasięgiem jego pojmowania, czy uwagi, a kiedy już pojawi się na ekranie to siedzi z wyrazem twarzy wyglądającym, jakby przed kręceniem łyknął sobie wiśniówki (nie winię go za to). Film pomija jego postać kompletnie aż do samej końcówki, gdzie amerykanie w końcu wysyłają go do akcji, choć nawet wtedy Van Damme zachowuje się kompletnie inaczej, niż jak w poprzednich filmach, gdzie zdawał się być już wolny od swojego stanu zaprogramowanej maszyny do zabijania. Może twórcy wyszli z założenia, że po 10 latach i tak już nikt nie będzie pamiętał co się działo w poprzedniej części, o ile ktokolwiek ją w ogóle oglądał.

Typowa reakcja podczas oglądania filmów z Van Damme
Lundgren miał jeszcze gorzej. Jego postać z pierwszej części serii (nie pamiętam nawet imienia), która została poszatkowana na kawałki w kombajnie, powraca tutaj jako klon. Zły Naukowiec współpracujący z terrorystami, który odpowiedzialny jest za Super Universal Soldiera i który najwyraźniej sklonował Lundgrena, w ostatnich 20 minutach z przyczyn nie do końca dla mnie zrozumiałych postanawia wypuścić go z lodówki, żeby spuścił łomot terrorystom. Czemu zamiast tego nie zawołał swojego Super pupila, który jak do tej pory sprawował się więcej niż dobrze? Kogo to obchodzi, scenarzyści w końcu musieli wcisnąć jakoś do filmu Lundgrena, a patrząc na to z jak cienkim materiałem musieli się uporać, pewnie nie przejmowali się zbytnio detalami. Fakt pozostaje faktem, że występ Dolpha jest najbardziej rozczarowującą rzeczą w tym filmie. Nie dość, że pojawia się dosłownie na ostatnie 10-15 minut, to jeszcze nie robi kompletnie NIC poza dostaniem łomotu od Van Damme'a, który przebija mu czoło stalową rurą i dobija shotgunem w gębę. To było tak surrealistyczne, że musiałem przewinąć całą scenę i obejrzeć jeszcze raz, co by przekonać się czy nie śnię.
Moja rada? Nie dajcie się zwieść okładce, bo jest to klasyczny przypadek fałszywej reklamy. Sam dałem się nabrać jak frajer, myśląc, że dostanę kolejny pojedynek bohaterów z klasycznego filmu akcji, podczas gdy obejrzałem jakąś mizerną kopię dużo lepszych produkcji z tego gatunku. Lepiej zaczekać na The Expendables na DVD.
sobota, 10 lipca 2010
Pora na filmy o zombie!

Najpierw muszę zacząć od tego, że nigdy nie dostawałem erekcji na widok słynnej serii Georga Romero o żywych trupach. Liczy ona sobie z siedemdziesiąt filmów, w większości zrobione przez samego Romero, oraz zgromadziła wręcz nieprzyzwoitą armię zwolenników, z czego największy procent to zombie-nerdy, stojące wysoko na mojej liście ludzi, którym chciałbym położyć stopy na twarzy.
Podobna sytuacja ma się w przypadku serii Piła, której również nigdy nie ruszyłem i raczej mi się do tego nie pali. Może i część pierwsza była dobra (wszak nie bez powodu to od niej zaczął się ten szał), ale jako widz którego ominęła inicjalna fala hype'u, czuję się nieco wyalienowany i zniechęcony do tego, żeby dołączyć do wspólnego surfingu. Filmy te zdążyły już zdobyć solidną grupę fanów, wyczekujących z rękami w spodniach każdej kolejnej części, nieustannie ględzących w towarzystwie o kolejnych zmyślnych pułapkach Jigsawa, skutecznie denerwując ludzi, którzy nie są w temacie. Ilekroć ktoś mnie pyta z entuzjazmem godnym małego ratlerka: "oglądałeś Piłę?!", a ja odpowiadam że nie, ich odpychająca reakcja na moje zaległosci wzbudza we mnie gniew pierwotny.
Tak więc żyłem sobie spokojnie, ciesząc się swoją niewiedzą na temat serii Żywe Trupy, kiedy któregoś dnia całkiem przypadkowo trafiłem na stronę imdb remake'u Świt Żywych Trupów. Przypomniałem sobie natychmiast kiedy to w 2004 roku zobaczyłem w telewizji trailer i pomyślałem sobie: "Jezu, znowu? Niech już ktoś zabije tego Romero i zakopie go w lesie" - teraz widok wspomnianej strony zareagowałem podobnie. Jednak zaraz mój wskaźnik zainteresowania podskoczył w górę, kiedy zobaczyłem, że filmu nie robił George "EJ", a człowiek-rozrywka we własnej osobie: Zack Snyder. Jak ktoś nie wie skąd powinien kojarzyć tego reżysera, to podpowiem:

Tak jest, gość odpowiedzialny za świetną ekranizację 300. Pozytywnie zaskoczony faktem, iż Snyder przed przeniesieniem komiksu Franka Millera na duży ekran nakręcił film o zombiakach, pomyślałem: "Wypas!". Jako że akurat byłem świeżo po rundce w Left 4 Dead, nie czekałem ani chwili dłużej i niczym koleś z rzeźby "Dyskobol" wrzuciłem film do DVD.
Już sam początek zwiastuje nieprzyzwoicie duże ilości wypasu, jakie wypełniają ten film. Zaczyna się w szpitalu, gdzie główna bohaterka (osobliwie podobna do Rose Mcgowan) właśnie kończy długą zmianę, po czym jedzie do domu, żeby puknąć swojego męża pod prysznicem. Życie wygląda dla niej bajecznie - słoneczko rażące promieniami sielankowy dom na przedmieściach, cnotliwe dzieci witające bohaterkę promiennym uśmiechem na podjeździe, oraz czuły i kochający mąż. Po pięciu minutach film zamienia się w krwawą łaźnię i paradę gołych biustów w akompaniamencie głośnej muzyki i brzydkich słów. Słodko!
Zaiste długo nie trzeba czekać zanim rozpęta się piekło, jednak im dalej w las tym lepiej. Nasza bohaterka uciekając w panice, jak to na prawdziwą kobietę-kierowcę przystało, rozbija się o drzewo po czym Ving Rhames próbuje odstrzelić jej łeb shotgunem. Ta niestety udowadnia mu, że jest zdrowa więc oboje ruszają w poszukiwaniu rzeczy do zrobienia. Spotykają paru kolesi i jedną kobietę w ciąży, której równie dobrze można już wypisać na czole "TRUP", jednak trzeba pamiętać, że ten film jest kozacki, więc zamiast zwyczajnie ginąć, babka w ciązy zamienia się w zombie, po czym rodzi zombie-dziecko! I zgadnijcie co dalej? Zombie-dziecko dostaje kulę w łeb! Kiedy już myślałem, że ten film nie może zrobić się jeszcze bardziej zajebisty, pojawił się koleś z ogromnym wąsem a'la motocyklista, po którym już na pierwszy rzut oka widać, że zjada małe szczeniaczki na śniadanie. Autentycznie, jedyny sposób na to, żeby ten film zrobił się jeszcze fajniejszy to Tom Savini, którego niestety braku...

TOM SAVINI!
To chyba najlepszy film o zombie jaki w życiu widziałem. A widziałem dwa. Łącznie z tym.
Co prawda znajdzie się tu odrobina melodramatycznych sytuacji i nudnawych sekwencji, w których bliżej poznajemy bohaterów, w dodatku jedną z nich jest irytująca i puszczalska blondyna, ale pod sam koniec filmu przyjmuje ona piłę łańcuchową na cycki, więc można powiedzieć, że jej postać nie była kompletnie zbędna. Aha, jeśli jeszcze nie widziałeś/aś tego filmu, nie czytaj tego poprzedniego zdania.
Poza tym cała drama nadrabiana jest nadgniłymi antagonistami filmu, którzy stanowią krzyżówkę umarlaków z 28 Dni Później i klasycznego archetypu zombiaka z filmów Romero. Są szybkie, silne, zwinne i wygłodniałe, ale jednocześnie nie zdychają same po tygodniu bez żarcia jak we ww. 28 Dniach... i kuśtykają w kółko dopóki nie znajdą jakiejś aorty do przegryzienia.
Nie ma sensu dalej pisać o tym filmie, kiedy możecie sami pójść i go obejrzeć, co szczerze polecam.

Planet Terror to część projektu duetu Rodriguez-Tarantino pod kryptonimem Grindhouse, którego mottem było przywrócenie pamięci o prowokacyjnych filmach typu "exploitation" z lat '70, falami zalewającym tanie i obskurne kina tamtego okresu. Zaletami takich filmów były motywy raczej pomijane w wysokobudżetowych produkcjach skierowanych do mainstreamowej widowni - przemoc i gołe piersi. Nie było tu miejsca na wysublimowane i wysoce artystyczne scenariusze, gwoździami programu była golizna, hektolitry krwi i naprawdę wielkie eksplozje. Dzisiaj co prawda takie rzeczy nie robią już wrażenia nawet na dwunastolatkach, bo gołe baby i eksplozje można zobaczyć w co drugim blockbusterze z Hollywood (no i w końcu od czego jest internet...), jednak wtedy takie rzeczy były wręcz tabu. Przynajmniej dla nastolatków.
Tak więc co oferuje Grindhouse, czego nie posiada cały szereg innych filmów akcji na półkach w wypożyczalni? Oczywiście odtworzenie klimatu kina exploitation w dosłownym znaczeniu tego słowa. Niemalże każdy centymetr taśmy naznaczony został zadrapaniami, plamami i zniekształceniami (w Planet Terror brakuje nawet całej szpuli, akurat w scenie gdzie Rose Mcgowan miała pokazać cycki, za co Rodriguez dostaje u mnie bolesne deptanie po kroczu), scenariusz jest wybitnie półdebilny (w pozytywnym sensie) i pełen kozackich tekstów, a całość grubą krechą podkreśla syntetyczna muzyka brzmiąca, jakby nagrywano ją na keyboardzie Casio.

Pusto w środku? Żadna niespodzianka
Ten film wymiata bardziej niż woźna korytarze w szkole. Zaczyna się od gorącego tańca go-go w wykonaniu Rose Mcgowan, po czym akcja natychmiast przenosi się do transakcji w bazie militarnej między jakimś frajerem a tym arabem z Lost. Arab jest rozczarowany niekompetencją frajera, więc ucina mu jaja jakimś wielkim narzędziem chyba specjalnie wykutym do tego zabiegu. Potem ze stojącego za nimi Humvee wysiada Bruce Willis, który standardowo wygląda jak totalny wymiatacz i zaczyna pruć ołowiem na lewo i prawo. Kiedy szala zwycięstwa przechyla się na niekorzyść araba z Lost, ten rozwala jakieś tajemnicze pojemniki z zielonym gazem zamieniającym ludzi w zombie, który oczywiście unosi się do atmosfery. Niedługo potem następuje najlepsza scena filmu - wokalistka Black Eyed Peas zostaje rozerwana na strzępy. Dzień w którym zobaczyłem tą scenę był najlepszym dniem w moim życiu. Ta kretyńska piosenka, Glamorous, zostawiła trwałe piętno na mojej psychice.
Mniej więcej od tego momentu Planet Terror robi się wręcz boskie i takie pozostaje do samego końca. Mamy tu grupy policjantów pojawiające się dosłownie znikąd, samochody wybuchające bez powodu, OGROMNE ilości paskudnych fekaliów i ludzkich wnętrzności, dzieciak, który niechcący strzela sobie w twarz (nienawidzę dzieci, więc takie sceny zawsze spotykają się z entuzjazmem z mojej strony), oraz Rose Mcgowan z M16 zamiast nogi. Cholera, jest tu nawet Tom Savini i jak zwykle kopie zada, jednak niestety w połowie filmu zostaje rozerwany na kawałki. Gra tu też Michael Biehn, a każdy wie, że Michael Biehn to super gość, który chciał zatłuc metalową rurą Terminatora.

TOM!!! WHY?
Ogólnie rzecz biorąc Planet Terror to zajebisty film. Czysta i bezmyślna rozwałka przez ponad 90 minut, zapewniająca więcej rozrywki niż zjeżdżalnia w aquaparku. Ludzie chcący ponarzekać na brak intelektualnego przekazu mogą od razu odwrócić się na pięcie, wsadzić głowę do brudnego klozetu i trzymać ją tam dopóki nie przestaną oddychać.
Podobnie jak Świt Żywych Trupów, szczerze polecam zapoznać się z Planet Terror, zakładając że w trakcie czytania tego tekstu jeszcze tego nie zrobiłeś, czytelniku. W takim wypadku na co czekasz?
środa, 07 lipca 2010

Jeśli do tej pory nie słyszałeś o czymś takim jak Moonbase Alpha to raczej nic nie straciłeś, ale jeśli to czytasz i jesteś na tyle nudny, żeby jednak rzucić okiem na ten pokraczny twór, pokrótce wyjaśnię w czym rzecz.
Jest to edukacyjna gra wideo stworzona przez NASA i grupę jakichś developerów, o których nigdy nie słyszałem, którzy według Wikipedii zajmują się dewelopingiem "poważnych gier", służących czemuś więcej niż czystej rozrywce. Już sam ten fakt powinien odstraszyć statystycznego gracza skuteczniej niż kobieta z bólami menstruacyjnymi statystycznego faceta, jednak obietnice składane w zapowiedziach wydały się co najmniej intrygujące, więc zamiast poświęcić swój wolny czas na inne, ciekawsze zajęcia (np. gapienie się w ścianę), rzuciłem okiem na "symulator bazy księżycowej" i na gorąco zdaję relację z tego edukacyjnego doświadczenia.

Do tej pory mojej uwadze umknęło, iż jest to gra stricte multiplayerowa, bez możliwości mieszania w pojedynkę i rozeznania się w terenie zanim jakiś kretyn z drugiego końca świata zacznie mnie wyzywać od homoseksualistów i leszczy. Zatem chcąc nie chcąc wybrałem pierwszy lepszy serwer na liście, z którym nie mogłem się połączyć. Świetnie. Wybrałem drugi. To samo. Za trzecim razem w końcu się podłączyłem, ale jakiś ćwok wykopał mnie z gry. "Pieprzyć to", powiedziałem, "skoro nikt nie chce mnie na swoim serwerze, to założę własny, na którym sam będę wykopywał każdego kto choć raz użyje słowa 'lol'". Aby upewnić się, iż mój nowy, zajebisty serwer dla prawdziwych wymiataczy, spośród setek innych będzie wzbudzał jak największe zainteresowanie, wybrałem jak najbardziej wysublimowaną i jednocześnie wybijającą się z tłumu nazwę: "penis".
Oczywiście nie musiałem długo czekać zanim na "penisie" pojawił się komplet graczy, skorych do zabawy.
Po chwili przekonałem się jednak, że "zabawa" to tylko umowny termin w przypadku Moonbase Alpha.
Do gry wprowadza nas krótki filmik, przedstawiający jakąś chujową ekspozycję o tym, że NASA w końcu rozbiło obóz na srebrnym globie, a gracz wciela się w jednego z najbardziej pechowych astronautów po tej stronie księżyca, gdyż meteor właśnie dupnął w jego melinę i teraz trzeba wszystko naprawić. Nie czekając ani chwili dłużej zacząłem się rozglądać po bazie w poszukiwaniu czegoś do zepsucia. Jako że panel dystrybucyjny nie oferował mi żadnej broni laserowej, tudzież ładunków wybuchowych, wybrałem małą spawarkę i ruszyłem przed siebie. W między czasie reszta graczy zaczęła gmerać przy uszkodzonych elementach bazy i kiedy zrozumiałem, że z tymi nudziarzami nie mam co liczyć na wspólną grę w golfa przy niskiej grawitacji, postanowiłem sprawdzić co kryje się za pobliskim wzgórzem. Może znalazłbym trochę sera, chociaż tak naprawdę liczyłem na jakichś kosmitów. Po trzech godzinach kicania jak pijany zając doczłapałem się do czegoś, na co potocznie mówi się "niewidzialna ściana", czyli przezroczysta bariera stanowiąca koniec planszy. To znaczy że nie mogę na piechotę pozwiedzać powierzchni księżyca? Pierwsza cząstka realizmu już leci do kosza, podobnie jak i spora część mojego poziomu zainteresowania. Powrót do bazy zajął mi kolejne pięć godzin, a kiedy już tam dotarłem, odkryłem że reszta załogi w dalszym ciągu solennie przeprowadza naprawy bazy.

Wypadało by im pomóc, więc wziąłem coś co chyba było baterią słoneczną i wymieniłem ją na nową. Trwało to niespełna minutę, ale też i o minutę za długo, więc niezwłocznie wróciłem do desperackich poszukiwań czegoś, co mogłoby być choć trochę ciekawe. Przez parę minut starałem się włazić innym w drogę i udawać że pocieram kroczem o ich kaski, jednak ci kolesie byli na tyle nudni, że nawet nie udało mi się ich sprowokować do tego, aby stwierdzili, iż muszę być odmiennej orientacji seksualnej.
Chwilę później trafiłem na panel kontrolny robota księżycowego. Świetnie, w końcu jakaś machina zagłady... którą znudziłem się po kilku minutach jeżdżenia w kółko i bezskutecznych prób zranienia któregoś z członków załogi.
Moją ostatnią nadzieją pozostał łazik księżycowy. Wycofałem się nim na optymalną odległość, co by się dobrze rozpędzić, po czym wziąłem na celownik pierwszą lepszą ofiarę, która napatoczyła mi się pod koła. Ku mojemu rozczarowaniu astronauta nie zginął bolesną śmiercią poprzez rozdarcie kombinezonu, połamanie wszystkich kości i zamarznięcie na śmierć. Nawet nie przejął się zbytnio faktem, że właśnie uderzył i odbił się od niego wielki łazik.
Straciłem już wszelkie nadzieje na to, że w tej grze znajdzie się cokolwiek warte najmniejszej uwagi. Po niecałych trzydziestu minutach moich bezskutecznych prób rozpętania chaosu w bazie, załoga naprawiła uszkodzony sprzęt, po czym wszyscy sobie pogratulowali i zaczęli pytać co dalej.

Nie wiem "co dalej", ale za to wiem, że ja już więcej nie zagram w Moonbase Alpha i wam również tego nie polecam. Nawet jeśli chcielibyście zobaczyć jak wygląda praca astronauty, ten tytuł nie zapewnia nawet i tego, gdyż ze względu na kompletny brak realizmu, z rozgrywki nie płynie żadne poczucie niebezpieczeństwa, lub powagi sytuacji. Jedyne co płynęło z mojego monitora to potok nudy. Zapewniam, że ciekawszym od gry w Moonbase Alpha sposobem na zabicie czasu będzie zbudowanie domku z kart.
Moonbase Alpha można ściągnąć za friko na Steam (chociaż nie wiem po co ktoś chciałby to robić).
|
|
|
<
|
Maj 2012 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
|
7
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
|
14
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
|
21
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
|
28
|
29
|
30
|
31
|
|
|
|
|